Pożeramy nałogowo ciasteczka, korzystając z serwisu zgadzasz się na to

Spoko

Nasze niedawne odkrycie – Trancers to niespodzewanie udana, niezwykle dowcipna, niskobudżetowa mieszanka Terminatora, sagi Żywych Trupów i Łowcy Androidów.

Do obejrzenia Trancers zachęciła nas wysłuchana podczas Festiwalu Filmów Kultowych historia studia Full Moon Entertainment. Przy czym do filmu podchodziliśmy z dużą rezerwą, bo czego można spodziewać się po obrazie nakręconym przez szefa Full MoonCharlesa Banda (wcześniej)? Jego studio wypuściło kilka serii filmów poświęconych morderczym zabawkom i przynajmniej jedną poświęconą opętanej fajce wodnej. Ich produkcje regularnie wydawane są z pominięciem dystrybucji kinowej, bezpośrednio na rynek kina domowego. Są mistrzami wyciskania z ogranego tematu ostatnich kropli mocno zwietrzałej fabuły, parzepakowując je później i sprzedając pod tym samym tytułem opatrzonym coraz to wyższą wartością liczbową. Są w tym tak bezwstydni, że ósma odsłona serii o władcy marionetek (Puppet Master: The Legacy) składa się w większości ze scen odzyskanych z części ją poprzedzających. Tym większym zaskoczeniem był dla nas ten film – naprawdę solidne kino akcji w bardzo charakterystycznym komediowym stylu lat 80tych.

Rick Deckard – Łowca Androidów.
Jack Deth – Trancers.

Głównym bohaterem Trancers jest Jack Deth (Tim Thomerson), kolejne wcielenie detektywa z filmu noir w wersji futurystycznej (typ Ricka Deckarda), który przy okazji podróżuje w czasie i walczy z przypominającymi zombie tytułowymi trancersami. Poznajemy go w jego rzeczywistości, czyli w połowie XXIII wieku.  Jak to zwykle bywa z filmową przyszłością, przedstawiona jest jej postapokaliptyczna wizja, do tego zrealizowana za na prawdę nieduże pieniądze. Na szczęście szybko przenosimy się do czasów twórcom współczesnych, jako że Jack otrzymuje do wypełnienia misję. Ma ochraniać przodków swoich prominentnych zleceniodawców, aby w ramach paradoksu dziadka, nie zostali unicestwieni przez kierującego trancersami, przybyłego z przyszłości przywódcę sekty – Whistlera. W wykonaniu zadania pomaga Jackowi rezolutna Leena (młodziutka Helen Hunt), która staje się jego przewodnikiem po niezrozumiałej dla niego rzeczywistości Los Angeles końca XX wieku.

Fabuła przedstawiona w ten skrótowy sposób wydaje się niedorzeczna. Twórców ratuje jednak duży dystans do tematu objawiający się w postaci licznych akcentów humorystycznych. I to właśnie odróżnia Trancers od wszystkich wynienionych we wstępie tytułów, z których Charles Band motywy czerpie garściami. Dodatkowo w filmie bardzo dobrze zostało wykorzystane zderzenie człowieka z posępnej przyszłości z beztroską lat 80tych. Tym bardziej jest to zabawne, bo choć patrzymy na te czasy z nostalgią, to pewnie czulibyśmy się w nich równie obco. Nie bez znaczenia też okazał się znakomity dobór aktorów. Obie wykreowane przez Thomersona i Hunt postacie są ucieleśnieniem swoich czasów, a do tego doskonale się uzupełniają i razem nie strasznym im żaden arcywróg.

Ta chemia na ekranie (plus zamiłowanie Banda do wyżymania tematu do sucha), sprawiło że filmów w tej serii powstało w sumie siedem, w tym jeden krótkometrażowy. Tim Thomerson powrócił do swojej roli aż sześć razy a Helen Hunt trzy. Niestety każda kolejna część zdaje się być coraz bardziej rozwodnioną wersją poprzedniej. Robi się jakoś bardziej serio. Trancers nie jest i nie powinien być filmem, który można traktować poważnie. Jest doskonałą zabawą i tym powinien pozostać. Dlatego po trzeciej części my odpuściliśmy.