Pożeramy nałogowo ciasteczka, korzystając z serwisu zgadzasz się na to

Spoko

Tegoroczna edycja młodziutkiego Gdańskiego festiwalu kultury śmieciowej i popularnej miała powrócić jeszcze większa, jeszcze silniejsza i jeszcze bardziej głodna. Czy się udało? Oto co myślimy.

Z wielką niecierpliwością oczekiwaliśmy nadejścia drugiego niekontrolowanego wycieku szlamu, do któreo miało dojść 9 – 10 marca w klubie B90. W ubiegłym roku wróciliśmy totalnie oczarowani ale z niedosytem popkulturowych wrażeń. Przyznam że troszkę zasmucił nas fakt, że formuła festiwalu nie zmieniła się w ciągu tego roku ani o jotę. W programie ponownie znalazły się: pokaz filmu zorganizowany przez VHS Hell, koncerty (Spaceboy i Nightrun87), spotkania z twórcami komiksów i muzyki, strefa gier i sprzętu retro oraz gala amerykańskiego wrestlinu w polskim wydaniu. No ale po co marudzić, skoro Szlamfest dalej stanowi jedną z najbardziej udanych imprez tego rodzaju, w jakich zdarzyło nam się brać udział?

Twórcy Szlamfestu dość wyraźnie chcą się odciąć od gigantycznych imprez jak np. Comicony w takiej postaci, w jakiej zmaterializowały się ostatnimi czasy nad Wisłą. Nie ma tutaj miejsca dla osób o wątpliwym dorobku, masowo wytwarzane memorabilia i merczendajzy luźno powiązane z jakimś aktualnie popularnym tytułem serialu, gry czy książki. Jest za to miejsce na niszową popkulturę autorstwa nieznanych szeroko polskich twórców. Nie ma wielogodzinnych kolejek na pogadanki, w jakich możemy utknąć na Pyrkonie. Jest za to szansa na spotkanie twarzą w twarz z komiksiarzami, występującymi na scenie muzykami czy możliwość zagrania w grę naszego dzieciństwa. Zamiast oferować coś dla każdego, Szlamfest dość dobrze zaspokaja potrzeby konkretnej grupy odbiorców. To ludzie tacy jak my: 30latkowie, którym zaczęło robić się tęskno do beztroskich lat spedzonych nad przestarzałą już konsolą, przed telewizorem wyposażonym w magnetowid i epicką kolekcję VHSów, w pokoju wytapetowanym plakatami z Bravo.

Impreza rozpoczęła się z grubej rury, pokazem znakomitego Deadbeat at Dawn – na żywo lektorowanego przez Adama Konopkę. Nigdy nie wiadomo jaki styl zaprezentuje dany lektor, czy będzie doskonale przygotowany, czy też pójdzie na żywioł. Jedno i drugie ma swój urok, swoje wady i swoich zwolenników. Tym razem lektor nie odbiegał znacznie od materiału źródłowego, co w przypadku tak specyficznego filmu zdaje się być bardzo dobrym wyborem. Tego samego wieczora można było jeszcze doświadczyć występu grupy Spaceboy. Doświadczyć, gdyż nie był to zwykły koncert – raczej swego rodzaju performace, angażujący wszystkie podstawowe zmysły. A działo się! W rytm transowej muzyki, poza samym trzyosobowym zespołem, hasały po scenie przebrane za dzikie zwierzęta tancerki i brodaty, puszczający banki marynarz. Muzyka opisywana przez sam zespół jako:

Poruszająca zmysły i ciało, zabawna podróż w świat baśni dla dorosłych w formie „elektro audiobooka” na żywo…

zdecydownie przeznaczona jest do tańca (lub miarowego podrygiwania) a nie słuchania. Po 2,5 h występu autorka czuła się tak oszołomiona, jakby ktoś zdzielił ją 10 kg  workiem piguł po głowie.

Większą część dnia drugiego spędziliśmy na poszerzaniu kolekcji komiksów, rozmowach z wystawcami w strefie gier retro (i przy okazji poszerzaniu kolekcji VHSów) oraz słuchaniu arcyciekawych i często bardzo zabawnych dyskusji w ramach panelu spotkań i rozmów z twórcami (jeżeli chcesz się poczuć jak na Szlamfeście, na dole znajdziesz zapis jednej z rozmów). Bohaterem tej edycji Szlamfestu zdecydowanie okazały się być ziny. Między innymi można było nabyć limitowaną festiwalową produkcję: Szlamzin, z okładką autorstwa jednego z pomysłodawców imprezy – Łukasza Kowalczuka – odpowiedzialnego także za fantastyczne materiały promocyjne oraz etykiety specjalnie uwarzonego na tę okazję browaru. Czyli działo się dużo. Potem przyszedł czas na rozdanie Złotych Kurczaków – nagród wydawnictwa komiksowego Bazgrolle. Cała oprawa rozdania nawiązywała do czekającej nas jeszcze gali wrestlingu. A jeśli chodzi o wrestling, to tu nie było zaskoczenia. Jest to zupełnie obca mi forma rozrywki i zdecydowanie lepiej bawiłam się słuchając krzyków przejętej publiczności, niż obserwując udawaną walkę na ringu. Ale co kto lubi.

Na zakończenie dnia oraz całej imprezy wystąpił jeszcze Wiliam Malcolm. Amerykanin od lat mieszkający w Polsce i tworzący zahaczającą o synthwave muzykę, pod pseudonimem Nightrun87. Wcześniej mieliśmy możliwość oglądać go jako support Perturbatora. Tym razem był to solidny solowy koncert, okraszony fantastycznie dobranymi wizualizacjami, na którym zaprezentowany został materiał z nowej płyty “The Destroyers Are Comming” – zdecydownie bardziej mrocznej od poprzednich produkcji. Z Nightrunem udało nam się chwilę porozmawiać, przy okazji zakupu kasetowego wydania nowego albumu, którego teraz namiętnie słuchamy na walkmanie.

Było fajnie. Wróciliśmy obładowani dobrami, oczarowani nieszablonowymi wytworami polskiej niezależnej sceny komiksowej (Zavka, jeszcze raz Łukasz Kowalczuk, Warchlaki i wiele więcej) i ponownie nienasyceni. W tym roku zaskoczyło nas to, że impreza praktycznie się nie zmieniła. Ale w przyszłym roku dobrze byłoby, gdyby organizatorzy zaskoczyli nas czymś innym.