Pożeramy nałogowo ciasteczka, korzystając z serwisu zgadzasz się na to

Spoko

Jeżeli, tak jak ja, lubicie komiksy, ale macie szczerze dość ostatniego wysypu superbohaterów będących kolejną wariacją na temat Kapitana Ameryki czy Batmana, Ranx może być dla Was idealną odtrutką.

Termin “antybohater” w świecie komiksu (przynajmniej tego z głównego nurtu popkultury) uległ ostatnio wyraźnej dewaluacji. Słysząc go przychodzą mi na myśl takie postaci jak Batman, Wolverine, Punisher czy Deadpool. Niby nie mają krystalicznie czystego sumienia, ale wszyscy oni to małe Pikusie w porównaniu z Ranxem – androidem zbudowanym ze starych kserokopiarek, uzależnionym od wąchania kleju, zakochanym w nastoletniej narkomance,  któremu ktoś nieopatrznie przekręcił pokrętło PRZEMOC na maksa. Kiedy ci pierwsi koniec końców uratują kogo trzeba uratować, Ranx skoncentrowany jest na zadawaniu tortur, łamaniu członków, wyrywaniu części ciała i to często bez wyraźnej przyczyny. Jedyną osobą wobec której wykazuje jakąkolwiek lojalność jest jego ukochana Lubna. Ale i do tego, wydawałoby się pozytywnego, aspektu jego życia jest wiele zastrzeżeń. Lubna gdy ich poznajemy ma zaledwie 13 lat a w ich związku nie ma nic niewinnego. Wspólny czas spędzają na poszukiwaniu kolejnego źródła narkotyków, no a przy okazji kłopotów i uprawianiu seksu.

Ranx, a dokładniej RanXerox, jest dzieckiem duetu  Stefano Tamburini (scenariusz) i Tanino Liberatore (rysunki <3). Pierwszy raz, w 1978 roku, pojawił się na łamach nieistniejącego już włoskiego czasopisma Cannibale. Potem od 1983 gościł w kultowym amerykańskim Heavy Metal. Doczekał się także kilku solowych wydań, w których za fabułę ostatniej trzeciej części odpowiadał Alain Chabat (po przedwczesnej śmierci Tamburiniego). Od samego początku postać Ranxa była przyczyną wielu kontrowersji, także zupelnie niezwiązanych z treścią komiksu. Doszło nawet do pozwania twórców przez konsorcjum czołowych producentów części do fotokopiarek – Rank Xerox, za bezprawne wykorzystywanie znaku firmowego. Z jakiegoś niezrozumiałego powodu nie przypadło im do gustu bycie utożsamianym z hiperagresywnym androidem ze słabością do dragów i małolat.

Wizualnie, dzieło Liberatore jest oszałamiające. Włoski szyk, do którego amerykanie mogą jedynie aspirować.

Twórcy komiksu zdają się z pełną świadomością serwować kolosalne pokłady przemocy i wywoływać zgorszenie. Ranxa, a właściwie większość  postaci pojawiających się w tej cyberpunkowej wersji pięknej i bestii, można potraktować jako emanacje naszego Id. Robią to na co mają ochotę, zupełnie nie przejmując się innymi ludźmi, panującym prawem czy konwenansami. Któż by tak czasami nie chciał… Czy jest to jednak uniwersalna recepta na sukces? Mi po pewnym czasie przemoc i seks się opatrzyły. Dość szybko słabnie urok nowości i zaczynają rzucać się w oczy niedostatki fabularne. Początkowe historie pisane są na jedno kopyto: Lubna wpada w tarapaty, Ranx ją ratuje, ale przy okazji gubi dekielek i świeci zawartością czaszki, ostatecznie okazuje się że zupełnie bez potrzeby. Dopiero kiedy Ranx przechodzi z łamów komiksowych kompendiów na swoje, twórcy mogą pozwolić sobie na bardziej obszerne i złożone scenariusze. Choć i te często są niepotrzebnie zawiłe, pełne wątków konstruowanych na kształt ślepych uliczek. Są za to przepełnione odniesieniami do popkultury. Pojawia się tam m.in. postać bliźniaczo podobna do Shōkō Asahary, przewodzącego sekcie Najwyższa Prawda. No i najważniejsze: każda kolorowa plansza mogłaby zawisnąć na mojej ścianie. Wizualnie, dzieło Liberatore jest oszałamiające. Włoski szyk, do którego amerykanie mogą jedynie aspirować.

W 1990 roku powstała też komputerowa adaptacja historii Ranxa. Była to raczej słabo oceniana przygodówka przeznaczona na Amigę, Atari ST i PC, gdzie celem było bicie i kopanie – czyli nic nowego. Niedawno ukazał się na polskim rynku kompletny zbiór przygód androida o małpiej twarzy. Dzięki wydawnictwu Kultura Gniewu, zapoznanie się z jego historią stało się przystępne dla każdego fana komiksu. Nie ma że nie ma, bo jest!