Pożeramy nałogowo ciasteczka, korzystając z serwisu zgadzasz się na to

Spoko

16 lipca 2017 roku zmarł George A. Romero, reżyser wizjoner. Mam szczerą nadzieję że ktoś czuwa na miejscu jego pochówku, z szacunku i ostrożności. Bo jeśli ktokolwiek miałby wstać z grobu i zarazić nas wszystkim zjadliwym wirusem zombie, to byłby właśnie on. Już raz to zrobił!

Kariera George’a Romero na dobre rozpoczęła się w 1968 roku od kultowej “Nocy Żywych Trupów” – prekursora gatunku, definiującego na nowo i na stałe pojęcie “zombie”. Film był autorskim dziełem zaledwie 28 letniego wówczas reżysera, producenta i współautora scenariusza. “Noc Żywych Trupów” była przełomowa na wielu płaszczyznach. Po pierwsze na jej potrzeby Romero opracował dobrze znany nam archetyp potwora powstałego w tajemniczych okolicznościach z grobu, bezmyślnie tułającego się po świecie, kierowanego nieodpartą potrzebą pożerania ludzkiego mięsa i szerzenia zarazy wśród tych jeszcze żyjących. Jako jeden z pierwszych, obraz prezentował szerokiej publiczności tak drastyczne sceny kanibalizmu. Niespotykane w tamtych czasach było także obsadzenie w roli głównej czarnoskórego aktora, który dodatkowo nie grał kolejnego tępego osiłka, a wykształconego przedstawiciela środowiska akademickiego. W czasach zachodzących w USA drastycznych zmian społecznych na tle rasowym, można było natknąć się nawet na porównania postaci Bena do Martina Luthera Kinga. Film oddawał także panujące w kraju napięcie związane z zimną wojną – zombie, a raczej ghule (w tej części nie pada nigdy ich właściwa nazwa) miały podobno obrazować bezkształtną masę, za jaką uważano społeczeństwo komunistyczne. Film, pomimo początkowej niechęci krytyków, odniósł spektakularny sukces. Stał się początkiem całej serii poświęconej żywym trupom, która następnie zainspirowała wielu nowych twórców oraz doprowadziła do powstania i rozpowszechnienia nowego gatunku horroru.

Po tym sukcesie nastał czas poszukiwań. Romero nakręcił cztery filmy pełnometrażowe, z których dwa są szczególnie warte wspomnienia. “Crazies” z 1973 wydaje się mieć podobny motyw przewodni co “Noc…”. Opowiada historię miasteczka, którego mieszkańcy, poddani działaniu tajemniczej substancji, stają się nadzwyczaj agresywni. Czy nie brzmi to znajomo? Film doczekał się remake’u w 2010 roku. Drugi z nich, “Martin” z 1978, to zaskakująco klimatyczna historia młodego chłopaka opanowanego obsesją na punkcie wampiryzmu. Już rok później Romero (za namową i z pomocą legendarnego włoskiego reżysera Dario Argento – twórcy nurtu giallo) powrócił do tematu zombie ze “Świtem Żywych Trupów”. W porównaniu z ultra niskim budżetem pierwszej części, to czym dysponował  tym razem (trochę ponad pół mln dolarów) pozwoliło mu na wyraźnie większy rozmach. Zamiast samotnego domu, sceną dla większości wydarzeń stało się wielkie centrum handlowe. Było ono właściwie inspiracją do powstania scenariusza filmu, będącego wyraźną satyrą konsumpcjonizmu. Materiał rejestrowano nocami, po zamknięciu obiektu. Okoliczni mieszkańcy chętnie zgłaszali się w charakterze statystów, bo atmosfera na planie była bardzo koleżeńska. Do wykonania efektów specjalnych i charakteryzacji zatrudniony został Tom Savini, późniejszy wieloletni współpracownik Romero. Dostał od reżysera wolną ręką do realizowania swojej wizji. Codziennie wymyślał coraz to nowe sposoby zabijania bezmyślnych mięsożerców i to jakimi środkami można je było wiarygodnie symulować przed kamerą. Mamy tu wszystko, łącznie z moją ulubioną sceną, w której jednemu z zombie głowę masakruje śmigło helikoptera. Ale tego rodzaju tanie podniety nie sprawiłyby że “Świt…” przejdzie do historii jako kolejne dzieło kultowe w dorobku jego twórcy. Film ponownie stanowił komentarz do stanu amerykańskiego społeczeństwa i drążył głęboko w w psychice bohaterów, postawionych w obliczu czyhającego z każdej strony niebezpieczeństwa – szczególnie ze strony innych ludzi.

Tu nastąpiła kolejna dłuższa przerwa od żywych trupów. W tym czasie Romero zrealizował jeden z bardziej kuriozalnych pomysłów – film o wymownym tytule “Rycerze na Motorach” (1981). Ponieważ dowiedziałam się o nim podczas zbierania materiałów do tego wpisu, możecie wkrótce spodziewać się recenzji. Poświęcony jest grupie odzianych w średniowieczne zbroje motocyklistów, odbywających regularne pojedynki na kopie. Następnie, w 1982 roku we współpracy ze Stephenem Kingiem wypuścił “Koszmarne Opowieści” – dwugodzinną antologię horrorów inspirowanych komiksami w stylu “Opowieści z Krypty” i podobny gatunkowo serial telewizyjny “Opowieści z Ciemnej Strony” – obecny na antenie od 1984 do 1988 roku (w sumie 90 odcinków). W międzyczasie powrócił do swojej specjalności z “Dniem Żywych Trupów”. Historia odciętej od świata podziemnej jednostki wojskowo-badawczej, w której przeprowadzano eksperymenty na zombie, miała być w końcu nakręcona z należytym rozmachem. Niestety budżet zmniejszono o połowę, co spowodowało znaczne zmiany w oryginalnym scenariuszu. Na szczęście cała ekipa, nauczona doświadczeniem poprzednich części, znów wykazała się dużą elastycznością i kreatywnością. Żeby zaoszczędzić czas i pieniądze, aktorzy nocowali na planie zdjęciowym znajdującym się w kopalni. Statyści w ramach wynagrodzenia dostali symbolicznego dolara i koszulkę z napisem “Byłem zombie w Dniu Żywych Trupów”. Za efekty specjalne ponownie odpowiadał Tom Savini, a asystował mu Greg Nicotero – producent i reżyser serialu “Żywe Trupy”, wyraźnie czerpiącego garściami z dorobku Romero. Mimo ograniczeń finansowych, Savini zdobył za swoją pracę na planie nagrodę Saturna.

Potem posypało się kilka mniej znanych tytułów jak “Małpia Intryga” (1988), “Oczy Szatana” (1990), “Mroczna Połowa” (1993) i “Diabelska Maska” (2000) po których Romero kontynuował sagę o zombie jeszcze trzema wypuszczanymi w krótkich odstępach częściami: “Ziemia Żywych Trupów” (2005), “Kroniki Żywych Trupów” (2007) i “Survival of the Dead” (2009). Tylko pierwsza z nich odniosła istotny sukces, ale żadna nie wpisała się do kanonu.

George A. Romero był twórcą płodnym i eksperymentującym. Tworzył filmy dostarczające dużo rozrywki, ale jednocześnie dotykające ważnych zagadnień społecznych i ludzkiej natury. Osobiście odpowiadał za wykreowanie fenomenu zombie, który skradł serca (pożarł i mózgi) tłumom wielbicieli. Największym komplementem powinno być dla niego to, że jego wizja została zaadoptowana przez niezliczonych twórców filmów (seria “Powrotów Żywych Trupów”, “28 Dni/Tygodni Później”, “World War Z”), seriali (“Z Nation”), komiksów (“Żywe Trupy”) i gier komputerowych (seria “Resident Evil”). I za to jesteśmy mu dozgonnie wdzięczni!