Pożeramy nałogowo ciasteczka, korzystając z serwisu zgadzasz się na to

Spoko

Kasety to moje dzieciństwo, wczesna i nie taka już wczesna młodość. Rzadko zdarzał się dzień, żebym do szkoły (od podstawowej po studia) wyszła z domu bez przenośnego odtwarzacza i przynajmniej kilku kaset. Dlatego też z całego serca kibicuję im w walce o powrót do łask.

Ostatnio natykam się na coraz więcej doniesień odnośnie do niespodziewanego powrotu kaset magnetofonowych oraz sukcesu ludzi, którzy z uporem maniaka nie przyjmowali do siebie wiadomości o ich rzekomej śmierci (Quartz, Rollin Stone, Bloomberg, Great Big Story). I rzeczywiście, podczas niedawnego festiwalu muzycznego natknęłam się na stoisku z gadżetami na kasetę jednego z występujących zespołów. Wzbudziło to we mnie sporą tęsknotę za plastikowymi pudełkami, obowiązkowo zaopatrzonymi w książeczkę z tekstami utworów no i oczywiście kasetę.

W obecnych czasach mamy dostęp do niewyobrażalnie bogatego zasobu dorobku przeróżnych muzycznych wykonawców. Za muzykę płacimy i słuchamy jej zdalnie – w serwisach takich jak Spotify, Tidal czy Bandcamp. Ten ostatni na plus wyróżnia się tym, że daje szansę nawet nowym nieznanym artystom udostępnić legalnie swoje utwory i dodatkowo daje możliwość nabycia fizycznej kopii ich twórczości (także kaset). Reszta bazuje na streamingu, co oznacza że muzyki za którą płacisz właściwie nie posiadasz. I już ten fakt mnie trochę smuci. Lubiłam spoglądać na moją kolekcję kaset. Dużo o mnie na pewno w tamtych czasach mówiła. W tej sytuacji wygrała wygoda w natychmiastowym zaspokajaniu muzycznych potrzeb.

Kaseta magnetofonowa była razem z płytą winylową głównym medium na którym przechowywano dźwięk w okresie od lat 70tych do końca XXgo wieku. Powstała w zakładach Philipsa w 1963 roku. Jej głównymi zaletami w stosunku do winylowego krążka była zdecydowanie większa mobilność, wynikająca z mniejszych rozmiarów i to że umożliwiała rejestrację dźwięku w domowym zaciszu. Oczywiście istniało coś takiego jak przenośne gramofony, ale raczej nie mieściły się one w kieszeni spodni – a walkman już tak. Kaseta była niemalże tak wyrozumiała jak papier. Można na niej było nagrać każdy rodzaj dźwięku. I tak czyste kasety, lub te wypełnione dawno niesłuchanymi nagraniami, stawały się nośnikami epickich składanek, którymi obdarowywaliśmy znajomych lub których słuchaliśmy w podróży z samochodowego odtwarzacza.

A potem nastała era płyt kompaktowych. Przez długi czas od pojawienia się ich na rynku kasety broniły się jeszcze na dużo niższą ceną. Jednak powszechna opinia o zdecydowanie lepszej jakości dźwięku i mniejszej zawodności CD doprowadziła do ostatecznego upadku kaset. Płyty nie kończyły wplątane w bebechy odtwarzacza i nie trzeba ich było przewijać. Ale czy kasety słusznie zyskały sobie opinię bycia nośnikiem gorszego sortu?

Youtube’owy guru retrotechnologii, na którego kolekcję gadżetów spoglądam z niekrytą zazdrością – Techmoan, w krótkim materiale poświęconym obalaniu mitów na temat kaset przedstawia kilka możliwości poradzenia sobie z głównymi mankamentami kaset. I tu okazuje się jak bardzo nieświadomym konsumentem swego czasu byłam. Otóż kaset magnetofonowych, w zależności od zastosowanego materiału magnetycznego, było i w sumie jest kilka rodzajów.  Podstawowy typ I (inaczej ferro), wykorzystywał magnetyczne właściwości tlenku żelaza. Aby poprawić te właściwości 3M zaczęło dodawać do nich tlenku chromu, a Du Pont zaproponował całkowite zastąpienie Fe2O3 przez CrO2 (typ II – chrome). Następnie BASF i Sony wprowadziły kasety typu III – łączące zalety obu powyższych materiałów (ferrichrome). Na szczycie kasetowej drabiny znalazły się metalowe taśmy magnetyczne (typ IV – metal). Zastosowanie różnych materiałów miało odbicie w jakości dźwięku i trwałości nagrania. Ale to nie wszystko. Żeby w pełni wykorzystać możliwości lepszych, a przez to i droższych kaset, trzeba było dysponować odpowiednim sprzętem. Audiofilskie magnetofony po odpowiednim ustawieniu, dostosowywały parametry pracy (głównie nagrywania) do typu taśmy. Część z nich rozpoznawała typ automatycznie dzięki odpowiednim otworom na grzbiecie kasety. I tak można było się cieszyć domowymi nagraniami znakomitej jakości na kasecie typu IV.

Cztery typy kaset magnetofonowych (od góry I do IV).
Wybór typu kasety w hi-endowym magnetofonie.

Ale zdecydowana większość kaset z gotowymi nagraniami sprzedawana była na nośnikach typu I i II. Co wtedy? W takiej sytuacji, aby poprawić jakość dźwięku, można było zastosować system redukcji szumów – słynne Dolby o różnym stopniu zaawansowania albo nasz polski odpowiednik – CNRS. Szczytowe osiągnięcie w dziedzinie redukcji szumów – Dolby S, sprawiało że kaseta brzmiała zupełnie jak płyta kompaktowa. Tyle że sprzęt z takimi funkcjami kosztował grube dewizy no i był raczej niedostępny w naszych szerokościach geograficznych w tamtych czasach. Co innego teraz, kiedy w komisie można kupić stary hi-endowy magnetofon za ułamek ówczesnej ceny. W czasach, kiedy każdy i tak ma już wzmacniacz (do gramofonu rzecz jasna) to nie jest taki wielki problem.

Problemem teraz może być źródło kaset. Jedynym producentem taśmy do nawijania na szpule zdaje się być chińskie Acme – właściciel uroczo niepozornej strony internetowej. W wyżej cytowanych materiałach, firmę National Audio Company podaje się chyba niesłusznie jako ostatnią fabrykę produkującą kompletne magnetyczne kasety kompaktowe (w rzeczywistości produkuje 95% wszystkich nowych kaset na rynku, więc możemy im w sumie wybaczyć tę nieścisłość). Ale poza produkcją czystych nośników, zespół inżynierów audio i grafików umożliwia zainteresowanym twórcom wydanie ich muzyki w postaci kolorowych kaset, wywołujących ślinotok u podobnych mi 30- i 40- latków. Sprzedaż nowych i zalegających w magazynach starych nośników oferuje brytyjskie The Tapeline czy kanadyjskie Delta Media. Kasety z nagraniami można kupić w legendarnym SUB POP z Seattle – wytwórni, która dała nam Nirvanę i Soundgarden, w kalifornijskim Burger Records, kanadyjskim Roots Forward, i pewnie w wielu innych miejscach. Same zespoły często zlecają produkcję małej ilości kaset na własną rękę, bez pomocy żadnego wydawcy. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę frazę “compact cassette duplication” i w efekcie pojawia się cała masa wyników. Można to już zrobić korzystając z internetowego formularza. Chyba nigdy nie było to łatwiejsze niż teraz.

Na wydanie kasety decydują się raczej twórcy muzyki spoza głównego nurtu. Nie spodziewam się żeby nagle zalała nas fala kaset artystów, których non stop słyszymy w radio. Jednak rynek niezależny rośnie w siłę, a kasety przynajmniej na razie stały się jego stałym elementem. Oddolne inicjatywy dzięki portalom corwdfundingowym odnoszą wielkie sukcesy. Dlatego też wydaje mi się, że kasety (może nie na taką skalę jak płyty winylowe) zostaną z nami na dłużej.