Pożeramy nałogowo ciasteczka, korzystając z serwisu zgadzasz się na to

Spoko

Oglądając Deadbeat at Dawn możesz przeżyć prawdziwe katharsis – porównywalne do wypicia butelki taniego wina na hejnał podczas upalnego dnia, na rozgrzanym wybetonowanym parkingu. Jest to jednym słowem: arcydzieło!

Nie mogę przestać się podniecać tym, jak bardzo podobał mi się ten ultraniskobudżetowy film. A przecież na papierze wygląda jak przepis na murowaną porażkę. Młody chłopak  (dokładnie 20letni Jim Van Bebber) chce spełnić swoje marzenie i zostać filmowcem. Sam pisze scenariusz, postanawia samodzielnie go wyreżyserować, zmontować, no i jasne, że osobiście gra główną rolę. Dostaje się do szkoły wyższej na kierunek poświęcony kinu, a za pożyczkę przeznaczoną na czesne rozpoczyna pracę nad realizacją swojego planu. Krótkie 4 lata później, świat może podziwiać efekt jego pracy – Deadbeat at Dawn. Tyle rzeczy mogło się nie powieść po drodze. Tyle rzeczy się udało.

W filmie Van Bebber opowiada historię Goose’a – lidera gangu Kruków, których w zasadzie definiuje głównie to, że nienawidzą się z gangiem Pająków. Spotykają się na ustawki w tak malowniczych miejscach jak okoliczny cmentarz. Biją się do krwi, widać że w razie potrzeby są w stanie iść na całość. Są wyrzutkami społecznymi. Żaden z nich nie ma pracy, mieszkają w obskurnych dziurach, zajmują się szemranymi interesami – rozboje, kradzieże, narkotyki itp. W pewnym momencie Goose, za namową swojej dziewczyny, postanawia rzucić to wszystko i wyjść na prostą. No i teraz tylko dodam, że nie jest to opowieść o tym, jak chłopak z nizin społecznych przezwycięża swoje ograniczenia i uwalnia się od świata przestępstw, po czym żyje długo i szczęśliwie ze swoją dziewczyną u boku. Później są siniaki, więcej krwi, flaki, karate i nunczaki.

Deadbeat at Dawn mogło być kolejną moralizatorską bajką, o tym że każdy może odnieść życiowy sukces, jeśli tylko się postara, założy rajtuzy i poskacze na skakance w rytm przebojów lat 80tych (choć uwielbiam dobry #80strainingmontage). Przedstawia za to w bardzo dobitny sposób zgniliznę upadającej amerykańskiej metropolii. No i przede wszystkim historię niedojrzałego chłopaka, który znalazł się na progu dorosłości, oraz jego niedojrzałego świata, który tej dorosłości nie pozwala mu osiągnąć. Wiadomo, jak się jest młodym, czuje się bardziej. Może właśnie dlatego: to że autor miał ledwie 20 lat, amatorskie aktorstwo, naiwna fabuła, porywczość bohaterów i nadmierna przemoc zdają się idealnie do siebie pasować, tworząc fascynujący i emocjonujący obraz. Gorąco polecam!